|
Darren Hayes - Secret Codes And Battleships |
|
|
Wpisany przez Patrycja Dziubczyńska
|
|
czwartek, 05 stycznia 2012 08:29 |
Po czterech długich latach powrócił z nową płytą, zupełnie inną, a jednak tak dobrze znaną. Od zawsze był fanem elektronicznych brzmień. Na jego drodze pojawił się w roku 2004 Robert Conley i w tedy historia zaczęła się zmieniać. Powstała płyta „The Tension And The Spark”, później “This Delicate Thing We’ve Made” aż przyszedł czas na “Secret Codes And Battleships”. Wiecie już o kogo chodzi? Oczywiście, że nie wiecie, bo dziś prawie nikt o nim nie pamięta. Mowa o niejakim Darrenie Hayes’ie australijskim piosenkarzu, który swoją karierę rozpoczął w zespole Savage Garden, który w latach 90. XX wieku odnosił ogromne sukcesy za pomocą takich przebojów jak: „To The Moon And Back” czy „Truly Madly Deeply”.
W roku 2002 piosenkarz rozpoczął solową karierę, która dotychczas zaowocowała czterema albumami. Najnowszy krążek promuje singiel „Talk Talk Talk”, który ma swoją wartość, ale nie do końca pokazuje co tak naprawdę Hayes potrafi. Osobiście wolałabym, żeby płytę promował „Black Out The Sun”, do którego powstał teledysk utrzymany w zupełnie innej, lepszej konwencji niż poprzednie dzieła artysty. Wcześniej wymieniony utwór jest co prawda drugim singlem, ale nie wiem czy zasłużył na tą drugą pozycję. Jak sam Hayes mówi to utwór o świecie bez miłości. Można wyłączyć Słońce i pozwolić, by Ziemię strawiła trucizna, bo wszystko co piękne odbija się w oczach ukochanej osoby. Trochę za słodko to brzmi i wygląda, ale nie uwłacza to całości. Album wyszedł aż w trzech różnych wersjach. Standardowa edycja zawiera dwanaście utworów, edycja deluxe jest poszerzona o siedem dodatkowych kawałków, a trzecia kolekcjonerska edycja zawiera dwanaście dodatkowych piosenek. Na Wasze i moje szczęście jestem w posiadaniu ostatniego wydania, które zawiera dwadzieścia cztery dość dobre utwory. Widać, że Hayes poświęcił temu krążkowi długi czas, ponieważ jest dopracowany i jest tym, czym być powinien. Piosenkarz, zabierze Was w podróż przez błędy „Stupid Mistake”, cierpienie „Hurt” i na sam koniec zaśpiewa Wam kołysankę „The Sweetest Lullaby”. Dużo gitar, dużo ciepła, i jeszcze więcej opowieści o codziennych zmaganiach z życiem.
Miło jest powrócić po takim czasie do takiego artysty jakim jest Darren Hayes. Już trochę przejadły mi się obecne poczynania na rynku muzycznym dlatego też z chęcią wrzucam sobie całą płytę na odtwarzacz i ruszam w drogę. Polecam ten album każdemu, kto chce poznać, może nie koniecznie coś nowego, ale coś innego. Zwracam się szczególnie do żeńskiej części , której ten album zapewne spodoba się bardziej niż panom. Panom nawet odradzam :) Słuchajcie, oceniajcie i wracajcie czasami do tej muzyki, która choć nie podbije list przebojów, może podbić Wasze serca.
|
Comments
RSS feed for comments to this post