|
Prawdziwa przyjaźń i.. BUM. Szczere wyznania i.. BUM. Wielka miłość i.. BUM. Troszkę to znajome? Coś Wam to przypomina? Może Wy też byliście zakochani, szczęśliwi i ze wszystkich sił wierzyliście, że to się nigdy nie skończy? Któregoś dnia jednak dostajecie kijem baseballowym i urywa Wam się film, a kiedy się budzicie jesteście mentalnie młodsi o 5 lat – jakie to uczucie?
Przekonała się o tym główna bohaterka filmu, pt. „I że cię nie opuszczę..” Paige, która chociaż nie dostała kijem po głowie, to straciła pamięć w wypadku samochodowym. Młoda, piękna artystka, która rzuca studia prawnicze by móc robić w życiu to, co tak naprawdę kocha – rzeźbić, jednego dnia traci wszystkie wspomnienia z ostatnich 5 lat. Jej mąż Leo zostaje przytłoczony całą sytuacją, bo tak naprawdę z dnia na dzień został sam. I choć jego ukochana Paige, która fizycznie stoi obok niego, psychicznie jest zupełnie obcą osobą. Nie jest tą beztroską, uśmiechniętą i spontaniczną dziewczyną, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Jest dziewczyną, która konsultuje wszystko ze swoimi rodzicami, ma bogatych przyjaciół i byłego narzeczonego, Jeremy’ego którego zna lepiej niż swojego własnego męża. Historia tym bardziej nie jest banalna, bo oparta na faktach. I jak tu nie wierzyć, że to właśnie nasze życie pisze genialne scenariusze ? W rolach głównych wystąpili: Rachel McAdams, znana m.in. z filmów: „Pamiętnik”, „O północy w Paryżu” czy też „Sherlock Holmes” i Channing Tatum znany z takich obrazów jak: „Step Up”, „Wciąż ją kocham”, czy „Fighting”. Ta dwójka sprawiła nam nie małą niespodziankę. Nie są idealni, bo nie dają nam nic nowego; niczego czego byśmy już nie widzieli ale sprawiają, że na ekrany wchodzi magia. Są prawdziwi i zdecydowanie nieprzereklamowani co sprawia, że film ogląda się naprawdę przyzwoicie. Za kamerą stanął niejaki Michael Sucsy, który też dorzucił swoje trzy grosze do scenariusza. Opowiada historię nieprzeciętną i niezwykle prawdziwą. Pokazuje zwykłego faceta, który darzy swoją żonę niezwykłym uczuciem. Gotów jest ponownie rozkochać swoją żonę tylko po to by odzyskała pamięć. Nie mnie oceniać czy robi to tak naprawdę dla siebie (by odzyskać spokój i swoje fajnie poukładane życie) czy dla niej (by ona odnalazła samą siebie w tej chorej sytuacji). Ostatecznie chyba jednak wygrywa prawdziwa miłość, bo pomimo tego, że główny bohater kocha swoją żonę pozwala jej odejść. Daje jej wolność w miłości. Do tego dochodzi całkiem przyzwoita muzyka, za którą odpowiedzialność ponoszą: Rachel Portman („Jeden Dzień”) i Michael Brook („Wszystko za życie”). Jest klimatycznie, przyjemnie i nawet odprężająco. Nie mogę też pominąć kilku utworów, które przelatują przez cały film: „ Specks” w wykonaniu Matt Pond PA, „England” w wykonaniu The National, czy chociażby „Nothing Was Stolen” zespołu Phosphorescent. Prawdziwą niespodzianką jest utwór „I’d do anything for love”, którą śpiewa nawet Channing Tatum (toż to dopiero ubaw!). Film furory nie zrobi, nie zostanie nominowany do Oscara, bardzo mało prawdopodobne, że dostanie też jakąś prestiżową nagrodę, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. O co chodzi? Chodzi o czerpanie jak największej satysfakcji z historii, którą idzie się oglądać. Nie jestem zachwycona, ani też podekscytowana, ale strasznie jestem zadowolona z tego, że widziałam ten film i tak prawdziwą historię. Może Tobie też drogi czytelniku nie zaszkodzi pójście na film, który pokazuje, że chwile, które łapiemy każdego dnia kreują nas na ludzi jakimi jesteśmy dzisiaj.
|