|
Siódmy z kolei krążek Andrzeja Piasecznego „To co dobre”, pojawił się na rynku 23 stycznia bieżącego roku. Płyta powstała przy współpracy z Henrym Hirschem, producentem Madonny, Jaggera i Kravitza. Dużo się mówiło o tym, że taki artysta, jak Piasek szuka szczęścia za granicą. Jedni krytykowali, drudzy chwalili i w sumie nie wiadomo było, kogo tak naprawdę słuchać. To jest jakaś tam prawda, że zagraniczni producenci podnoszą wartość albumu, ale dla wiernych fanów tego artysty nie to się liczy. A otwarcie można przyznać, że Piasek wychodzi z twarzą z tego krążka.
Na płycie znajdziecie dziesięć kawałków, z których każdy jest na swój sposób zgrabnie miękki. Usłyszałam gdzieś, że to będzie zaskakujące brzmieniowo dzieło, z przebłyskami garażowymi. I przyznam się szczerze, że tak naprawdę nie wiem do końca jak to skomentować. Tak, ok. jest to dzieło niezwykle surowe ale totalnie nie zgadzam się z tym, że mamy tu takie duże zaskoczenie. Andrzej Piaseczny wie w czym jest dobry i spokojnie sobie drepta swoją ścieżką, tworząc szlachetny pop. W roku bodajże 2008 nawiązał współpracę z Sewerynem Krajewskim, która przerodziła się w przyjaźń i naprawdę sprawną maszynkę do mielenia muzyki. To całe połączenie jest naprawdę fajną sprawą, ponieważ rodzą się z tego naprawdę dobre ballady. Tym razem też tak jest, bo „O wiolonczelach” to potwierdza. Osobiście jednak skłaniam się ku piosence „Okruchy jesieni”, która jest dla mnie naprawdę czymś co w Piasku jest dobre. Jak na razie w rozgłośniach możecie usłyszeć singiel „To co dobre, to co lepsze”.
Podsumowując.. warto posłuchać, nie wiem czy warto kupić. Podobają mi się teksty piosenek, które są metaforyczne i na pewno są o czymś. Nie podoba mi się zaś ta cała surowość, która choć zawsze u Andrzeja była jakoś mi teraz tutaj nie pasuje. Nie chce chwalić, nie chce krytykować, chcę tylko zachęcić do posłuchania! |